Home Blogi Mój Kamerun
Mój Kamerun
Zła passa PDF Drukuj

Wiedzialam, ze kiedys dobra passa musi sie skonczyc (jesli tak to mozna nazwac), od poczatku obawialam sie ze moj limit szczescia wyczerpalam podczas tamtego pobytu w Kamerunie. Do tej pory zastanawialam sie jakim cudem wszystkie dzieci i kobiety wtedy przezyly, bo przypadki nieraz byly naprawde ciezkie…

Dzis przyszla do dyspanseru kobieta, a wlasciwie dziewczynka 18-letnia, drobniutka i chudziutka w 7 miesiacu ciazy – jak twierdzila, bo dla nas macica wygladala dopiero na 5 miesiac. Malutki brzuszek, prawie nie bylo widac. Przyszla bo zaczela obficie krwawic, rzeczywiscie ubranie miala bardzo zabrudzone krwia. Okazalo sie ze to juz jej 3 ciaza i wszystkie konczyly sie w ten sam sposob, w 7 miesiacu zaczynala krwawic i rodzily sie martwe dzieci. Polozylismy ja u nas, podalismy leki, ale nie minela nawet godzina gdy zaczela rodzic. Przenieslismy ja na sale porodowa, po 15 minutach urodzila malenkiego chlopca, niecale 500g, polozenie posladkowe, myslelismy ze bedzie martwy, ale on zyl !!
Z trudem lapal oddechy, probowal cichutko krzyczec, serduszko bilo, wolniutko ale bilo…chcial zyc…ale co moglismy zrobic ??? Nie mamy inkubatora ani respiratora, ani nawet sprzetu do intubacji takich maluchow…pewnie gdyby urodzil sie u nas to by przezyl…tutaj nie mial najmniejszych szans…zyl godzine…a my moglismy tylko stac i patrzec jak pomalu odchodzi…

" 26 kwietnia 2009r. dzięki uprzejmości polski żołnierzy stacjonujących w ramach misji stabilizacyjnej w Czadzie udało się wysłać około 40 paczek z pomocą humanitarną dla ośrodków misyjnych w Kamerunie. Nasze wolontariuszki wraz z siostrami z ośrodka w Garoua- Boulai przetransportowały dary z Polski do Kamerunu. Na zdjęciach transport paczek i wręczanie prezentów od polskich "rodziców adopcyjnych" dla dzieci objętych akcją "adopcja na odległość. "

 
Mt. Kamerun PDF Drukuj

Zdobylysmy Mount Cameroun!!!

Bylo ciezko ale sie udalo!!!
Trafila nam sie idealna okazja zeby poznac kraj z innej strony, oprowadzal nas rodowity Kamerunczyk. Przyjechal do Garoua-Boulai i wracal w swoje strony, siostry zaakceptowaly pomysl zeby zabral nas do Buea, skad rozpoczyna sie wspinaczke na Mount Cameroun.
Pojechalismy najpierw do Bertua, 4 godz w afrykanskim autobusie, scisnieci jak sardynki, w Bertua przesiadka, czekalismy 2 godz w barze na nastepny autobus do Yaounde. w barze spotkalismy sie z kolegami naszego przewodnika, przyszlo ich chyba z 10, pili jedno piwo jedno za drugim i moze nic dziwnego by w tym nie bylo, gdyby nie to, ze bylo godzina 12 w południe, a oni wszyscy byli policjantami na sluzbie...

Trasa do Yaounde - 7 godz znowu jak sardynki, tyle ze tym razem nie bylo asfaltu...mialysmy dosc podrozy po jednym dniu. Ale za to wieczor okazal sie przyjemny, jak na stolice przystalo maja tez kluby przypominajace zupelnie europejskie. Joey (nasz przewodnik) studiowal w Yaounde, wiec spotkalismy sie z jego przyjaciolmi, jeden z nich mial koncert w jednym z klubów, wiec poszmismy posluchac, rewelacja, nie moglysmy oderwac uszu od niesamowitych murzynskich glosow.
Nastepnego dnia rano pojechalismy do Duali, odwiedzilismy rodzinny dom naszego kolegi, matka przygotowala tradycyjne jedzenie z tamtych stron, calkiem smaczne, super nas ugoscili. Pozniej zabrala nas do znajomych, zeby swietowac narodziny ich dziecka, wszyscy byli zdziwieni ze przyszla z dwoma bialymi, ale wszyscy mysleli ze to jej syn przywiozl nas z Europy, no wiec tym bardziej byla dumna:-) aha bo Joey od 3 lat mieszka w Budapeszcie, wrocil do Kamerunu na wakacje, poznalismy sie w samolocie.
Wieczorem pojechalismy do Buea, gdzie odebrali nas juz jego dwaj bracia i kuzyn, pojechalismy do hotelu gdzie mielismy odpoczac przed wyzwaniem, ktore nas czekalo nastepnego dnia...
Ale wieczor w Kamerunie nie moze skonczyc sie bez odwiedzenia baru, zwlaszcza gdy ktos z rodziny wraca z Europy i to w towarzystwie dwoch bialych...no wiec impreza skonczyla sie o 4...ale my nie moglysmy odmowic sobie przyjemnosci z patrzenia jak tancza i sluchania jak spiewaja...
Cale szczescie nastepnego dnia my spalysmy w najlepsze a Joey od `7 latal i zalatwial przewodnikow, tragarzy i robil zakupy...bo wejscie na Mount Cameroun trwa 3 dni, trzeba zrobic zapasy jedzenia i picia... o 12 wyruszylismy w trase, szlo z nami 3 ludzi targajacych nasze bagaze, najpierw bylam zdziwiona po co ich bierzemy, przeciez u nas to normalne, ze sie chodzi po gorach z plecakiem...no moze nie na 4 tys. metrow, ale sie chodzi...

Szybko sie przekonalam, ze nigdy nie pokonalabym tej trasy z bagazem na plecach... pierwszy odcinek trwal 5 godz. Na poczatku bylo przyjemnie, bo pierwszy poziom to las tropikalny, więc szlo sie spacerkiem, tyle ze pod gore...drugi odcinek okazal sie juz troche gorszy, bo to prawie pionowa sciana wiec trzeba sie bylo wspinac. Zrobilismy pol poziomu i dotarlismy do schroniska, robilo sie juz ciemno, wiec tam zostalismy na pierwsza noc. Tyle, ze schronisko okazalo sie metalowa puszka z drewnianym podestem w srodku...na tym mielismy spac...Ale masakra, nie dosc ze strasznie zimno w nocy, to nie wiadomo bylo na ktorej stronie sie polozyc, zeby dechy nie wbijaly sie w cialo...a mielismy wypoczac, bo nastepnego dnia czekala nas droga na szczyt...

reszta jutro bo sie boje ze zaraz odetna internet

 
<< pierwsza < poprzednia 1 2 następna > ostatnia >>

Strona 2 z 2